Wczoraj katar, tłumy w centrum handlowym i motyl, rozkładający skrzydła na klatce schodowej. Słońce i mróz. Wieczorem impreza, na której powiedziano mi, że mój akcent nie daje się umiejscowić - że jestem znikąd. Ucieszyłem się.
Dzisiaj deszcz, plucha, mrok za oknem od rana - i ciąg dalszy kataru, tym razem w połączeniu z kacem. Zostaję w domu, czytam, milczę. Ładuję baterie.
Chciałbym móc się pośmiać, rozgrzać, rozmrozić. Pozbyć się kaszlu i poczucia, że świat nie dociera, że zapachy, dźwięki i wszystko inne zostaje za jakąś lepką, niewidoczną błoną. Święta przydadzą się z całą pewnością.
Śniło mi się, że jestem żyrafą Marty z Madagaskaru. Płynąłem gdzieś motorówką, która potem okazała się być łodzią podwodną - a jeszcze później przesiadłem się do pociągu, takiego odrapanego podmiejskiego składu, który jechał do New Jersey (nowojorskiej zebrze nie mogło się nic gorszego przytrafić!). Śniła mi się też strona komentarzy do bloga, w której pełno było zdjęć rozebranych, wytatuowanych Maorysek.
Hmmmmm.
A na jawie, wczoraj nastąpiła długa rozmowa, a jej efektem jest podział obowiązków w tym oto domu. Gotuję we wtorek, czwartek i sobotę. Czyli dzisiaj też. Jeżdżę po zakupy, obsługuję zmywarkę, itd. Żeby moja dzielna Tłumaczka miała więcej luzu...i żeby nie czuła się jak moja matka. Dziwne, jak łatwo wpada się w takie układy: nie zmuszaliśmy się, nie toczyliśmy o to wojen, a jednak - kiedy wczoraj usiedliśmy i spojrzeliśmy sobie w oczy, okazało się, że jest źle, że trzeba coś pozmieniać, bo jeśli mi jest lekko, to dlatego, że M. nosi moje ciężary.
M. uczy angielskiego terapeutkę jungowską. I zdarza się nam dyskutować późno w nocy o snach, podświadomości i innych takich.
Nie bardzo wiem, co o tym myśleć, nie będąc jungowskim (ani żadnym innym) terapeutą. Ale zapisywanie snów, i zapamiętywanie ich, może być niezłym pomysłem.
Więc:
Śniło mi się, że mój ojciec gorączkowo przekopuje się przez stare encyklopedie, szukając czegoś. Nie potrafiłem zrozumieć, ale potem zauważyłem, że po pokoju - w środku zimy - lata olbrzymi, kolorowy motyl. Przypomniało mi się, że jak byłem mały, to sięgałem po taką starą encyklopedię i szukałem strony z motylami, które były tam faktycznie ogromne, zielone i ponazywane po łacinie.
Śniło mi się moje miasto zalane przez rwące rzeki, powzmacniane mosty, potopione samochody. Śniła mi się jasna, lakierowana ławka w oświetlonym słońcem kościele.
I zdaje się, że z nas dwojga to ja się lepiej wyspałem: M. bidna, smutna i zniechęcona do życia po poranku.
Dwa razy w tygodniu, przed południem, na czwartym piętrze najwyższego budynku w mieście. Trochę elitarnie, ale ciągle jeszcze dość łatwo o tym zapomnieć: bo zapach wysiłku, sapania, dresy, karki (czasami). Na razie słabym jak komar, ale ćwiczę, wiosłuję, rozciągam, obciążenie zwiększam stopniowo. Przykładnie i słusznie. Efekty to na razie energia, poczucie, że mogę bardziej nogom i rękom ufać, i parę pół-żartobliwych uwag od żeńskiej populacji pokoju nauczycielskiego.
Dzisiaj pierwsze starcie z panem Wilkinsonem, cztery ostrza, chromowo-gumowa rękojeść i generalny późny cyberpunk. Przejechał się po mojej twarzy dość bezceremonialnie, zrywając nieomal mój trzydniowy zarost. I (prawie) nie zaciął. Pomyślałem, że niektórzy wsiadają do szybkich i drogich samochodów, żeby poczuć to, co ja z moją maszynką do golenia.
Ciągle dobre i złe dni, ale bez przerwy M. i rozmowy, i uśmiechy, i bardzo dużo z tym związanej nadziei. Wskutek braku korkociąga butelka dobrego wina wciąż nieotwarta.
Codziennie coś nowego mnie cieszy i coś nowego smuci/zastanawia. Kiedy czuję, że w pewnych rejonach coś zaczyna grać, okazuje się, że gdzie indziej są problemy. Jakbym próbował się przykrywać przykrótką kołdrą.
Nie dołuje mnie to. Godzę się z tym, bo to, co robię, dopiero się zaczęło. I jeszcze będę miał setki okazji, żeby się czegoś nauczyć, najczęściej na swoich błędach i niedociągnięciach. Więc cieszę się, jeśli dzieciaki biorą się w garść i uczą się; zasępiam, kiedy grupy FCE patrzą na mnie nieobecnym wzrokiem. Ale następnego tygodnia, może być zupełnie na odwrót. Ja jestem tylko teacher.
Jeżdżę samochodem, i sprawia mi to niebywałą radochę. W autobusach i pociągach czytam i ćwiczę błyskawiczne, pięciominutowe drzemki. Patrzę ludziom w oczy, słucham tego, co mówią. Powoli budzi się we mnie to, co uśpiłem jakiś czas temu; wrażliwość na opowieści, na poplątane wątki, rozczochrane historie.
Niektóre z nich może nawet sam wymyślę. Ale najczęściej nie trzeba: są tam, widziane, słychane, i cieszę się, że zaczynam je zauważać.
PS Nowy Bond podobno jest jednym wielkim product placement, a od poprzedników odróżnia go tylko brak treści pozareklamowych. No i Bond jeżdżący Fordem, MI-6 guglające informacje...? To ja mógłbym takim agentem być, i każdy inny. Ech...
"Nawet pobieżny przegląd map ciśnienia i wiatru pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość. Aktywny niż, który znad Morza Norweskiego bardzo szybko przemieścił się nad Łotwę i Estonię obecnie jest w ostatniej fazie swojej triady życiowej."
Proszę, meteorologia niby, a ile głębi. W każdym razie, nasz pobyt w Cieszynie przypadł chyba na najlepsze momenty triady niżu, który obficie i hojnie zraszał nas deszczem zimnym, bardzo zimnym i lodowatym. Nic to jednak - mieliśmy ochotę się powłóczyć po Cieszynie, polskim i czeskim, i tak właśnie uczyniliśmy. Rozmawiając przy okazji o przyszłości i przeszłości, i ciesząc się tym, co jest teraz.
Mam wolny poniedziałek. Chyba ocipieję ze szczęścia. To oznacza wprawdzie, że jutro będzie gonitwa i męczarnie, ale na razie siedzę w piżamie i zastanawiam się, co by tu...
Jeżdżenie autkiem od niedawna, kolejna rzecz, która wbrew moim wcześniejszym zapowiedziom dzieje się. Autko jest dzielne i wyrozumiałe, jak każdy Koreańczyk. Ma w dodatku magnetofon na kasety, co sprawia, że możemy posłuchać rzeczy o których już zapomnieliśmy, że istnieją w ogóle, jak Lauryn Hill czy "Russians" Stinga.
Mimo tego, że listopad, że psie gówna na chodnikach, że czasu mało, a pracy dużo - jest dobrze.
To mnie dopadło w autobusie. Tramwaje odmówiły posłuszeństwa i z ościennego miasta zwlec się musiałem autobusem, razem ze sporą gromadką ludzi przemokniętych, przygniecionych wieczorem i wilgocią.
Jechaliśmy, wgapieni w rozmyte światła za oknem, w reklamowe ekrany TV, na których co jakiś czas pojawiał się quiz ("Najdłuższa kolej świata?" - "Kolej transsyberyjska"), a potem obraz z wnętrza autobusu, bo monitorowani byliśmy. W okolicach Sokolskiej zacząłem wgapiać się w kobietę siedzącą przy szybie.
Pomyślałem o obrączce na jej palcu.
Pomyślałem o jej twarzy, o nieobecnym spojrzeniu.
Pomyślałem, że może bujdą na resorach jest, jakobyśmy mieli wyrosnąć z młodzieńczych, romantyczno-egzystencjalnych rozterek. Bo one dalej są, nawet jeśli młodzieńczości już nie ma.